kolejny tydzień

Witam wszystkich spragnionych nowego wpisu!
Przepraszam, że tak długo nic nowego nie pisałam, ale wierzcie mi, w Camerino nie dzieje się nic ciekawego, w związku z tym nie było o czym pisać ;)
W ciągu tygodnia grzecznie chodziłam na wykłady, jak przychodziłam z wykładów to czytałam książki, oglądałam filmy albo jadłam (zauważyłyśmy z Laurą niepokojący fakt - jak się nudzimy to jemy...). Dobrze, że chociaż żeby dojść na uczelnię to muszę się pod górkę wtoczyć to liczę na to, że nie wrócę do Polski szersza niż wyższa ;)
W związku z tym, że mam wolne piątki to muszę przyznać, że jestem dość skołowana, i mam wrażenie jakbym miała dwie soboty w tygodniu. Fajowo, nie? :D
W piątek wybrałyśmy się z Laurą na zakupy do sklepu w pobliskiej miejscowości o nazwie Torre del Parco, a nazwa sklepu to Fallimenti. Kolega nam powiedział, że możemy tam kupić wszystkie rzeczy jakie jeszcze potrzebujemy do akademika a zdecydowanie taniej niż w tym malutkim sklepiku w Camerino, w którym kupiłyśmy nasze podstawowe wyposażenie. Wsiadłyśmy więc w odpowiedni autobus i jak to zwykle załatwiałyśmy zagadnęłam kierowcę mówiąc: "Fermata a Fallimenti in Torre del Parco?" Czyli po prostu powiedziałam nazwę przystanku, na którym chciałyśmy wysiąść. Niestety do tej pory trafiałyśmy na miłych kierowców, a ten niestety był jakimś strasznym gburem. Po chwili kiwnął mi głową więc usiadłyśmy i postanowiłyśmy się rozglądać gdzie jest to Torre del Parco. Znalazłyśmy je, rozglądałyśmy się za sklepem, ale nie zauważyłyśmy go, a najwyraźniej kierowca postanowił udowodnić mi, że skoro on zna włoski a ja nie to jest ode mnie lepszy bo nie zatrzymał się. Tym sposobem w piątkowe południe znalazłyśmy się w Castelraimondo. Przeszłyśmy się po miasteczku, podobnym z resztą dość do Camerino chociaż odrobinę większym, akurat był rynek, więc pooglądałyśmy znów wielką mnogość wszelakich owoców i warzyw i ku naszemu zaskoczeniu jeszcze więcej ciuchów... Żałuję tylko bardzo, że nie miałam za sobą aparatu, ale na pewno jeszcze się tam wybierzemy i wtedy zrobię zdjęcia. W drodze powrotnej za to zlokalizowałyśmy nasz sklep, w związku z czym postanowiłyśmy, że powtórzymy tą wycieczkę w sobotę.
Wycieczka sobotnia okazała się bardziej udana. Kierowca przywrócił nam wiarę w ludzi, bo bardzo żywo reagował na moje zagadywanie o przystanek (na szczęście oprócz słów włączał w swoją wypowiedź sporo gestów, które pomogły mi zrozumieć go) i zatrzymał się gdzie trzeba, jeszcze na moje nieskładne pytanie gdzie znajdziemy przystanek powrotny do Camerino pokazał nam wszystko. Udałyśmy się więc na zakupy. Muszę przyznać, że zajęły nam około godziny, ale za to teraz ze spokojem możemy przyznać, że mamy już wszystko czego nam trzeba (może nawet coś czego nie potrzeba, bo jak to stwierdziła Laura chcę sprawić żeby nasz akademik wyglądał bardziej "homy"). W drodze powrotnej byłyśmy jedynymi pasażerkami w autobusie i znów trafił nam się bardzo miły, uśmiechnięty kierowca.
Dzisiaj za to wybrałyśmy się do kościoła, który jest bliżej nas. Okazało się, że na mszy było około 50 osób tylko. Ten kościołek nosi nazwę Madonna delle Carceri i kiedyś zrobiłam zdjęcie tabliczki, która przy nim wisi, na którym jest opisana wartość zabytkowa tego miejsca, ale najwyraźniej je usunęłam, wiec coś więcej o nim przy innej okazji. Generalnie jest to dość mały kościółek, jest tam chyba tylko jedna msza w niedzielę. Przed mszą usiadłyśmy sobie w miarę z tyłu, żeby nikogo nie gorszyć, że Laura odpowiada na wezwania kapłana po angielsku, a ja po polsku i generalnie przez część liturgii nie wiemy co się dzieje (jak to dobrze, że gesty wykonywane w czasie mszy są wszędzie takie same!). Po chwili z zakrystii wyszedł ksiądz i zaczął się ze wszystkimi witać, podchodzić po kolei do wiernych, podawać im rękę. Z reszta był to ten sam ksiądz, którego widziałyśmy w zeszłym tygodniu w katedrze w centrum. Nie ominął i nas, podszedł, zaczął gadać coś po włosku na co nieśmiało powiedziałam "Non parlo Italiano", czyli nie mówię po włosku, ale on nadal szedł w zaparte, zapytał jak mam na imię (tyle zrozumiałam! :D), więc pięknie odpowiedziałam całym zdaniem i dodałam jeszcze, że jestem z Polski. Potem zagadnął Laurę, a ona zaczęła z nim po francusku rozmawiać. Po mszy miałam ochotę się dyskretnie zmyć, żeby znów nie zaczął do nas nawijać, ale jak zobaczył, że się wycofujemy to zaraz nas zdybał i zaczął znów coś nawijać jak najęty. Nie zrozumcie mnie źle, ja bym naprawdę chciała wiedzieć co on mówił, szczególnie, że podczas kazanie wydawał się bardzo przejęty, gestykulował, zadawał ludziom jakieś pytania, wyglądało na to, że mówi jakieś fajne rzeczy. Po mszy właśnie powiedział Laurze, że miał do nas powiedzieć coś po francusku na kazaniu, ale zapomniał. Mi to rybka, chyba już nawet wolę po włosku niż po francusku, bo kilka włoskich słów rozumiem ;) W każdym razie po mszy zagadnął nas inny starszy pan, który jak się okazało mówi bardzo dobrze po angielsku i nawet wykładał Biotechnologię na uniwersytecie w Camerino. Poznałyśmy również parę Kameruńczyków, którzy też studiują na University of Camerino i mieszkają na campusie jak my. I mówią po angielsku :D
A najśmieszniejsze było to, że do kościoła ubrałam się dość lekko. W sumie wydaje mi się, że było koło 15 stopni, więc pozwoliłam sobie na balerinki i wiosenną kurteczkę. Wchodzę do kościoła, a tam ludzie w zimowych kurtkach z futerkami przy kapturach, kozakach i w ogóle ubrani jak na Sybir. Pewnie od razu po mnie widać, że ja nie stąd ;)
Uff, trochę się tego jednak zebrało. Wybaczcie. Jutro mam nadzieję, że uda mi się przeprowadzić research żeby opowiedzieć Wam o pewnym pysznym cieście, które piecze się tu na Wielkanoc.
Buonanotte! :)

Komentarze