Jak widzicie, dzisiaj w związku z tym, że słoneczko nas dopieściło śmiały nam się pysie :) Tylko psójrzcie na to piękne, niebieskie niebo! Ani jednej chmurki! Pogoda była dziś wprost rozkoszna... Zrobiłyśmy sobei mały spacerek po mieście, który obfitował w zdjęcia, więc usiądźcie sobie wygodnie i oglądajcie... ;)


Najwyraźniej dzisiaj na Piazza Cavour był zlot wypasionych fur.... 

Camerino jak na stare miasto przystało ma wiele brukowanych i wąskich uliczek...



 I jeszcze więcej wąskich uliczek....
...po których czasami jeżdżą całkiem nowe samochody.... ;)


Trzeba przejść przez tą bramę, czy jakkolwiek to nazwać i iść cały czas w dół, i dojdzie się do supermarketu, a stamtąd już rzut beretem do naszego akademika.
Dzisiaj tą trasę pokonałam również w przeciwną stronę, gdyż wybrałam się pieszo do kościoła na Piazza Cavour, który możecie zobaczyć na powyższych zdjęciach. Zabrało mi to tylko 25 minut (zejście do akademika 18 minut), więc byłam mile zaskoczona, że może jeszcze nie jest z moją kondycją tak źle ;) W kościele byłam 15 minut przed rozpoczęciem się mszy i byłam chyba jedyną osobą, która tam przebywała w tej chwili. Światła były pogaszone i już się przestraszyłam, że mszy w ogóle nie będzie, ale koło 18.30 pojawiło się więcej osób. Koło 18.35 zapalono światła i o 18.40 zaczęła się msza - najwyraźniej potrzebuję jeszcze czasu żeby się przyzwyczaić do tego, że Włochom się nigdy nigdzie nie spieszy i na wszystko mają czas... Na szczęście na ławkach leżały broszurki zatytułowane "La domenica" (czyli "niedziela"), w których były fragmenty z liturgii, więc mogłam nawet czasem odpowiadać ze wszystkimi wiernymi (których zresztą nie było zbyt wielu...). Zauważyłam kilka różnic, na przykład podczas podniesienia większość Włochów stała, może z 1/3 kościoła uklęknęła, a po Baranku Boży nie klękał nikt. Bardzo miłe było to, że na znak pokoju podają sobie dłonie, i to wszystkim sąsiadom, nie tylko z prawej i lewej strony. Komunię większość wiernych przyjęła na rękę. Natomiast najbardziej rozśmieszyło mnie samo zakończenie mszy. Kapłan pobłogosławił wiernych, wypowiedział rozesłanie, zaczął śpiewać pieśń na wyjście (stał cały czas przy ołtarzu!) a 3/4 kościoła zrobiło w tył zwrot i wymaszerowało z kościoła. Widok niesamowity, ale zarazem bardzo komiczny, zapewniam. Ale cóż się dziwić, zaraz po wyjściu z kościoła większość Włochów wdała się w rozmowy ze znajomymi i zaczęła palić papierosy (dosłownie 5 metrów w bok od wejścia!) więc co się dziwić, że im się spieszyło ;) Cała msza trwała 40 minut, także tempo dość ekspresowe.
Jeśli dotrwaliście dotąd to w nagrodę możecie zobaczyć piękną panoramę zrobioną w miasteczku, w jednym z budynków należących do uniwersytetu,
a na zakończenie moja cudowna poza "tap madl" :D
Ciao! 

Komentarze